Na Fali – JAK OSIĄGNĄĆ STAN NIRWANY?
Na Fali 2015, czyli jak nie robi się remake’ów. Niestety, po raz kolejny przekonałem się, że niektórych rzeczy po prostu nie powinno się odświeżać, bo może to przynieść same szkody. Na Fali z 1991 roku to dobry film akcji, z fabułą trzymającą widza w napięciu i niepewności, z gwiazdorską obsadą. Nowa wersja nie dorównała jej nawet w połowie.
Porównanie
Najnowszy film Ericsona Core’a nie uniknie porównań do starszej wersji. To zdecydowanie działa na jego niekorzyść, ponieważ gdyby nie oczekiwania wywołane poprzednikiem, dzieło być może zostałoby lepiej ocenione. Podobieństwa są widoczne gołym okiem. Główni bohaterowie mają takie same imiona, cały wstęp jest wręcz kalką wersji Kathryn Bigelow – mamy doświadczonego agenta FBI i żółtodzioba oraz początkowy spór, który przeradza się w przyjaźń. Sprawa, którą panowie mają rozwiązać, dotyczy bandytów w maskach (tym razem bez podobizn prezydentów USA), których hobby to sporty ekstremalne i łamanie prawa. W nowej wersji oprócz surfingu, złoczyńcy uwielbiają także wspinaczkę, jazdę na motocyklu, base jumping i wiele innych. Do tego momentu wydawało mi się, że będzie dobrze, ale nie. W dwudziestej minucie filmu okazuje się, że opryszkowie robią to, co robią, bo chcą osiągnąć stan nirwany (też się bardzo zdziwiłem). Co więcej, młody agent FBI tak mocno zatraca się w infiltracji, że przez kolejną godzinę akcji można być wręcz prawie pewnym, że przeszedł na stronę dziwnego odłamu buddystów. Jednak potem, jakże niespodziewanie, zostajemy wyprowadzeni z błędu i przypominamy sobie, że jest to film o rozwiązywaniu sprawy kryminalnej, a nie o osiłkach, zajmujących się sportami wyczynowymi, w celu osiągnięcia duchowej ekstazy. Fabuła momentami tak bardzo nie ma sensu, że można się pogubić i dość poważnie zastanawiać – co ja właściwie tu robię i co oglądam. Obstawiam dwie wersje – albo reżyser bardzo chciał uniknąć oskarżeń, że zbyt mocno trzyma się skryptu z lat dziewięćdziesiątych, albo w dziwny sposób zachęca widza do uprawiania sportów wyczynowych i wykonania ośmiu zadań Ozaki, by osiągnąć stan nirwany. No po prostu nie wiem. Jednakże z tego braku wiedzy wynika bardzo wiele zaskoczeń i jeszcze więcej pytań, na które odpowiedzi nie uzyskamy. Pozostaje więc liczyć na kolejną część, chociaż może lepiej pozostawić niektóre sprawy nierozwiązane i jak najszybciej o nich zapomnieć. Na Fali wraca do pierwowzoru pod koniec, ale to już trzeba zobaczyć na własne oczy.
Wielkim minusem produkcji jest obsada. W porównaniu z wersją z 1991 roku, jest po prostu nijaka. Kilku osiłków, którzy prawdę powiedziawszy, są przewidywalni i przezroczyści, ma zastąpić genialnych protoplastów? To nie mogło się udać. Kimże są przy Particku Swayze i Keanu Reevesie? Co więcej, o dziwo, większe wrażenie nadal robią na mnie efekty specjalne z 1991 niż te z nowej wersji. Czasami mocno widać tutaj pracę komputera. Dość tego złego – zdjęcia w Alpach, Wenezueli i Paryżu godne docenienia. W ujęciach przyrody było widać jej dzikość i piękno.
Czego się spodziewać?
Niczego. Tak, to najlepsze wyjście. Nie spodziewając się niczego nadzwyczajnego, a już nie daj Bóg, dobrego remake’u filmu z 1991r., nie zostaniemy zawiedzeni, a może nawet znajdzie się jakiś cichy fan sportów akcji, imprez na jachcie, skąpo ubranych pań i dziwnej muzyki – i film mu się spodoba? Dlaczego nie? Brak oczekiwań w tym wypadku naprawdę może zadziałać na korzyść wszystkich. Moje zostały zawiedzione, stąd ta dobra rada.
Dlaczego?
To pytanie zawsze nasuwa mi się po obejrzeniu remake’u jakiegokolwiek filmu. Na palcach jednej ręki mogę policzyć te, które mnie nie zawiodły. Czy to wina nowych scenariuszy? Niepotrzebnej asekuracji przy odtwarzaniu? A może jednak stare porzekadło, że odgrzewane kotlety nie smakują tak dobrze, jest prawdziwe i w tym wypadku? Zachęcam do porównania Brake Point z 1991 i 2015 i własnej oceny.
Tomasz Szewczyk