Cinerama - John Wick 2

John Wick 2 – styl ponad wszystko

Mający premierę nieco ponad dwa lata temu John Wick okazał się ogromnym zaskoczeniem. Mało kto spodziewał się po nim czegoś więcej niż kolejnego akcyjniaka, o którym za rok nikt nie będzie pamiętał. Zamiast tego dostaliśmy film, który zachwycił większość widzów i krytyków, z miejsca wpisując się do kanonu gatunku. Fantastyczna choreografia, długie ujęcia, płynny montaż, zaskakująco wysmakowana strona audio-wizualna – takiego poziom wykonania i dbałości o szczegóły można ze świecą szukać we współczesnym kinie akcji. Ten film nie miałby jednak prawa się udać, gdyby nie Keanu Reeves i jego oszałamiająca zręczność, dzięki której sceny akcji są tak imponujące. O wyższości Wicka nad podobnymi produkcjami świadczy też wykreowany świat. W filmowej rzeczywistości płatni zabójcy współtworzą własne społeczeństwo ze swoją walutą, zasadami i organizowanymi usługami. Ten koncept okazał się niezwykle intrygujący i wręcz błagał o rozwinięcie. Tak też się stało – John Wick 2 to przykład filmu, który jest świadomy zalet swojego pierwowzoru i daje swoim widzom jeszcze więcej tego co pokochali wcześniej.

John Wick 2 – w pogoni za emeryturą

Widzimy to już w początkowej sekwencji, w której Wick postanawia odzyskać swoje auto z rąk rosyjskich gangsterów, którzy po wydarzeniach z poprzedniej części czekają na nieuchronne. Cicha eliminacja strażników, emocjonujący pościg, szybkie i brutalne rozprawienie się z zastępami przeciwników i klimatyczna pogadanka w wystawnym gabinecie – trudno o lepsze przedstawienie naszego bohatera, którego skuteczności dorównuje tylko jego styl i klasa. Monolog, który towarzyszy tym scenom i liczne ujęcia ukazujące reakcje czekającego w gabinecie gangstera to także przedsmak obecnego w filmie czarnego humoru i kpina z narzekań na temat motywacji protagonisty w poprzednim filmie. W tym momencie wiadomo już, że (tym razem jedyny) reżyser Chad Stahelski wie co robi, a my możemy liczyć na emocjonujący i zabawny seans. Wick nie podziela jednak naszego entuzjazmu do brutalnej rozróby i powraca do spokojnego życia na emeryturze. Nie będzie mu dane długo nim się cieszyć – Johna odwiedza bowiem dawny kolega po fachu i domaga się zwrotu przysługi sprzed lat. Odmowa wiąże się z bardzo przykrymi implikacjami, bohater nie ma więc innego wyjścia jak wybrać się do Rzymu, gdzie rezyduje cel jego zadania. I choć motywacja protagonisty nie jest tak emocjonalna i ujmująca jak w poprzedniej części, to poniesienie odpowiedzialności za dawne decyzje to wciąż interesujący motyw fabularny. W zupełności wystarcza jako uzasadnienie stylowego baletu śmierci, który następuje w konsekwencji.

Pomimo zmiany operatora, zdjęcia utrzymano w znajomej już stylistyce, a kamera śledzi akcje z płynnością i opanowaniem. Zarówno Rzym jak i Nowy Jork przedstawione są w nietuzinkowy sposób, natomiast każda scena akcji ma miejsce w interesującej lokalizacji. Wiele kadrów pozostaje z widzem na długo po zakończeniu seansu, w dużej mierze dzięki umiejętnemu wykorzystywaniu oświetlenia i intensywnych kolorów. To świetnie wyglądający i świetnie brzmiący film, choć w bardzo dobrej ścieżce dźwiękowej brakuje czegoś na miarę Killing Strangers Marilyna Mansona czy Think Kaleidy, które mogliśmy usłyszeć w pierwszej części. Jeśli chodzi zaś o montaż, to po raz kolejny mamy do czynienia z prawdziwie wzorową robotą. Wszelkie bijatyki i strzelaniny zostały skomponowane z ogromnym wyczuciem – ciosy mają widoczną siłę, a akrobacje są ukazane w całości, bez zbędnego szatkowania. Na wzmiankę zasługują też dwie świetne sekwencje – przygotowania do misji oraz starcia z napotkanymi zabójcami. W obu widzimy kilka równolegle ze sobą przeplatanych sytuacji, gdzie pierwsza sekwencja jest kwintesencją szyku, a druga to popis brutalnej kreatywności reżysera i sprawności Keanu Reeves’a.

Gabinet osobliwości

Prawdę powiedziawszy nie potrafię sobie wyobrazić nikogo innego na miejscu gwiazdy Matrixa. Reeves rewelacyjnie odnajduje się jako małomówna i pozornie spokojna maszyna do zabijania. Jego braki w ekspresji idealnie pasują do profesjonalizmu postaci i pozwalają zachować wiarygodność przy wypowiadaniu nawet najbardziej czerstwych kwestii. Przede wszystkim widać jednak, że aktor samodzielnie wykonuje większość filmowych popisów, nie potrzebując armii dublerów i epileptycznego montażu, który miałby ukryć jego nieporadność. Niezależnie od preferencji i sympatii, trzeba mu oddać prawdziwe oddanie do swojej roli. Wszystko to składa się na autentyczną więź, która rodzi się między widzem a Wickiem – kibicujemy mu już od pierwszych minut (a właściwie od pierwszego filmu). A nie jest to jedyna interesująca postać – w świetnym stylu powraca Ian McShane jako właściciel hotelu dla płatnych zabójców, swoje pięć minut ma Laurence Fishburne, a i każdy z antagonistów posiada coś, co wzbudza ciekawość. Obsada na szczęście dobrze rozumie umowność przedstawionego świata i bawi się swoimi postaciami mieszając śmiertelną powagę z czarnym humorem. Stahelski sprawnie posługuje się kiczem i ekscesem, nie popadając przy tym w śmieszność.

Cinerama - John Wick 2

Morze trupów

Równowagę nie zawsze jednak udaje się zachować, jeśli chodzi o dawkowanie akcji, przez co w dwóch-trzech momentach poczułem lekkie znużenie ilością zalewających bohatera przeciwników. Na szczęście za każdym razem na ratunek przychodziła wtedy zmiana tempa czy scenerii. I choć bardzo doceniam dodatkowe pogłębienie wizji przestępczego podziemia, tak sytuacja podczas spotkania w parku wydała mi się sporą przesadą, nawet w tak komiksowym świecie. To jednak błahostki, a ogrom atrakcji skutecznie odwraca uwagę od jakichkolwiek zgrzytów. John Wick 2 jest świetnie pomyślanym i wyreżyserowanym spektaklem przemocy. Pełnymi garściami czerpie (czasem pozwala też sobie na ukłon, m.in. dla Bustera Keatona i Wejścia smoka) z klasyki gatunku, jednocześnie dodając własne koncepcje. Inni filmowcy powinni dokładnie przyjrzeć się tej produkcji i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Zadaniem widza jest zaś zapłacić za bilet i wynagrodzić twórców za ich ciężką pracę – zwłaszcza jeśli chce zobaczyć Johna Wicka na wielkim ekranie po raz trzeci.

Mikołaj Lewalski

Share With:
Inline
Inline