Fenomen Xaviera Dolana: kino emocji

Nie napiszę, że Xaviera Dolana nie trzeba nikomu przedstawiać, bo po pierwsze – obrażę tych, którzy takim przedstawieniem by nie pogardzili, po drugie – przesadnie schlebię samemu reżyserowi. Wśród kinofilów nieznajomość filmowego dorobku Dolana nie wzbudza zresztą oburzenia: nie jest to jeden z tych wielkich mężów kina, o których wypada mówić w inteligenckich kręgach (przy czym krytyczne wypowiedzi są wyżej punktowane). Inną sprawą jest, że w tych samych kręgach brak rozeznania w temacie „Dolan i jego filmy” może wywołać u rozmówcy zaskoczenie („Jak to nie oglądałeś? Z własnej woli?”) i szczery zawód, że rozmowa nie może zamienić się w serię naprzemiennych peanów („To straszne, że nie oglądałeś! Musisz koniecznie nadrobić”). Rzecz w tym, że dolanowskie kino nie jest w żadnym stopniu pożywką intelektualną: jest to kino złożone z emocji, zarówno w treści, jak i w formie.

Kino, wehikuł magiczny – tak zatytułował swoje opracowanie historii światowego kina filmoznawca Adam Garbicz. Celność owego sformułowania potwierdza mało znany (acz wart uwagi) amerykański film The Hours and Times (1991, reż. Christopher Munch).

Zaliczany do nurtu New Queer Cinema obraz stanowi rodzaj „wariacji na temat” lub trafniej: „fantazji na temat” – przenosi widza w czasie (jak na wehikuł przystało), stwarza pozory dokumentalnego realizmu (bo przecież mamy do czynienia z realnymi postaciami oraz niezaprzeczalnymi faktami), a następnie – przedstawia własną wersję wydarzeń (magia!). O ile zaskakująca może być obecność postaci Johna Lennona w filmie (częściowo) opartym na prawdziwych zdarzeniach i określanym mianem queer, o tyle nie dziwi fakt, że drugim z dwójki bohaterów jest Brian Epstein. Nie jest tajemnicą (przynajmniej dla fanów Beatlesów), że menadżer grupy – Epstein – był gejem, a członkowie zespołu wiedzieli o jego orientacji.