Zarówno dzieła filmowe Béli Tarra, jak i spektakle Krystiana Lupy wyrastają z żywiołu wizualności. Język audiowizualny dotyczy oczywiście najpierw samego medium – jest immanentny dla obrazów filmowych Tarra i często wykorzystywany w postaci technik filmowych w spektaklach Lupy (stosowanie zbliżeń poprzez światła punktowe, wykorzystywanie kilku planów za pomocą głębi ostrości równolegle percypowanych przez widza czy – w warstwie audialnej – rejestrowanie i odtwarzanie na scenie dźwięków świata pozascenicznego). Według mnie w obu tych autorskich fenomenach idzie jednak o zdecydowanie głębsze niż tylko estetyczne funkcjonowanie wymiaru wizualnego. Wydaje się, że ich właściwe doświadczenie jest możliwe dopiero dzięki aktom uważnego, czystego (w)patrzenia (kontemplacji) w miejsce potocznej percepcji opartej na projekcji-identyfikacji bądź zdystansowanej, racjonalnej refleksji krytycznej. W niniejszym tekście będzie mnie interesował właśnie ten najgłębszy, poznawczy wymiar nad-widzenia (i nad-słuchu), w obrębie którego wyraźnie ujawni się moc i znaczeniowy potencjał zwrotu ikonicznego. Podejmuję zatem próbę rozpoznania strategii estetycznych obu reżyserów jako audiowizualnych strategii poznawczych wykorzystujących negatywną metodę dekonstrukcji w celu eksploracji Niemożliwego1. Można zaryzykować stwierdzenie, że specyfika audiowizualności jest najdogodniejszą przestrzenią dla przejawiania się mistyki negatywnej2.

Chęć pogodzenia filmu rysunkowego dla dzieci z socrealistyczną doktryną i misją wychowawczą można przyrównać do próby zapalenia mokrej zapałki w deszczu. Ale budowniczych komunizmu tak błahe przeszkody nie były w stanie zniechęcić…

W listopadzie 1949 roku, w trakcie słynnego Zjazdu w Wiśle, środowisko filmowe oficjalnie proklamowało realizm socjalistyczny, manifestując posłuszeństwo wobec władzy. Socrealizm nie był wówczas – jak się czasem uważa – nurtem ani kierunkiem artystycznym, ale jedyną obowiązującą doktryną, której mieli podlegać wszyscy twórcy: od architektów, plastyków i pisarzy, przez ludzi teatru i kina, po satyryków i kompozytorów. Ponieważ po roku 1945 powstały w Polsce pierwsze filmy rysunkowe i lalkowe, socrealistycznej „metodzie” podporządkowano rodzącą się dopiero sztukę animacji. Można powiedzieć więcej: socrealizm pozwolił kinu animowanemu podjąć nowe wyzwania, w paradoksalny sposób przyczyniając się do rozwoju tej dyscypliny artystycznej. Narodziny polskiej animacji po II wojnie światowej odbywały się zatem w okresie „błędów i wypaczeń”, co nie pozostało bez wpływu na jej dalsze losy.

1. Coś negatywnie numinotyczne

Raoul Duke otrzymuje propozycję, by napisać reportaż o wyścigu motocykli (który odbywa się w Las Vegas) i wyrusza w drogę. Kiedy opuszcza lokal, w którym siedział ze swoim przyjacielem i wsiada do samochodu, za jego plecami pojawia się anioł z mieczem ognistym – wyrazisty symbol wygnania z raju i wkroczenia w ziemski, grzeszny świat. Choć postać anioła jednoznacznie symbolizuje strażnika Edenu, stojącego na granicy pomiędzy przestrzenią świętą i grzeszną, to jednak w filmie Terry’ego Gilliama, w którym pojawia się ta scena i ta postać, jawi się ona jako symbol niejednoznaczny i budzący niejaką konfuzję. Każe bowiem, w podróży bohaterów do Las Vegas dostrzec symboliczną wędrówkę po świecie ziemskim, grzesznym i rzeczywistym. Tym świecie, w którym wszyscy żyjemy. Sugeruje też istnienie w filmie opozycyjnego podziału na sacrum i profanum. Podpowiada, że powinniśmy poszukiwać w nim wątków metafizycznych. Nie jest to jedyna podpowiedź, kierująca naszą uwagę w tę stronę. Taką samą podpowiedzią był już tytuł filmu: Fear and Loathing in Las Vegas.

Obraz powstania styczniowego w polskim filmie fabularny

Powstanie styczniowe jako mit narodowy

Od początku XIX wieku pamięć o powstaniach narodowych stanowi ważny element kultury polskiej. Począwszy od insurekcji kościuszkowskiej (1794) motyw walk narodowo-wyzwoleńczych funkcjonował w literaturze, malarstwie, muzyce i stał się jednym z kluczowych tematów poruszanych przez polskich artystów. Kolejne nieudane powstania stanowiły dla nowych pokoleń ważne przeżycie generacyjne, które wpływało na postrzeganie polskości i pielęgnowanie wartości patriotycznych. Szczególną rolę odegrała w tym kontekście pamięć o powstaniu styczniowym, kiedy to po 1864 roku, w myśl pozytywistycznego programu ideowego, zbrojna walka o niepodległość została odłożona na dalszy plan. Represje, które spadły na Polaków po styczniowej rebelii, były na tyle dotkliwe i długotrwałe, że już w krótkim czasie po zakończeniu walk, powstanie zaczęło funkcjonować w ogólnej świadomości w kategoriach mitu narodowego. Pośrednio przyczynili się do takiego stanu rzeczy sami zaborcy – polityka intensywnej rusyfikacji i germanizacji konsolidowała Polaków w duchowej walce o utrzymanie kulturowej tożsamości.

Esej niniejszy jest próbą rozwinięcia i zrozumienia wrażenia, które pojawiło się kiedy oglądałem „Amelię” po raz pierwszy i nasilało się podczas każdego z kilku następnych oglądań tego filmu. Było to wrażenie wielkiej obecności Kieślowskiego w filmie Jeuneta, zwłaszcza motywów z „Podwójnego życia Weroniki”, ale również z innych filmów polskiego reżysera. Dotyczyło ono wątków fabularnych, cech postaci, konstrukcji dramaturgicznych, idei, a nawet – niektórych obrazów. Temu wrażeniu wielkiej obecności towarzyszyło zarazem drugie, wręcz przeciwne: zasadniczej odmienności. Miałem poczucie, że estetyki Jeuneta i Kieślowskiego są krańcowo różne, wręcz antytetyczne, a te różnice osadzone są na fundamencie głębokiej odmienności myślowej, skrajnie innego sposobu postrzegania świata. „Amelia” niekiedy wydaje się karykaturą, wręcz parodią filmów Kieślowskiego, niekiedy ich dekonstrukcją, niekiedy zaś snem, śnionym na materiale tych filmów, a skrywającym swoją naturę dzięki opisanym przez Freuda mechanizmom przemieszczenia i kondensacji.