Noc Walpurgi
Tytułowa noc Walpurgii u dawnych Germanów była czasem zmarłych i duchów nieżyczliwych żyjącym. Wypełniały ją pogańskie obrzędy i próby odstraszenia nikczemnych zjaw. Podobne wyzwanie czeka bohaterów reżyserskiego debiutu Marcina Bortkowicza – ich osobista noc Walpurgii poświęcona będzie walce z demonami przeszłości. I choć nie wszystko zagra tu jak należy, to muszę przyznać, iż mamy do czynienia z filmem niezwykle intrygującym.
Rok 1969. W szwajcarskiej operze zjawia się młody dziennikarz (Philippe Tłokiński). Jego cel wydaje się prosty – przeprowadzenie wywiadu z diwą operową (Małgorzata Zajączkowska). Wystarczy jednak krótka chwila, by zarówno bohater jak i widz przekonali się, że obcowanie z ekscentryczną kobietą stanowi niemałe wyzwanie. Sam wywiad szybko staje się pretekstem w osobliwej grze między wspomnianą dwójką. Z początku młody mężczyzna zostaje usidlony przez przytłaczająco dominującą kobietę – staje się środkiem do jej odkupienia. Ocalała z Holokaustu diwa złożonością swojej osobowości zdaje się przysłaniać wszystko inne. Podczas nocy role odwrócą się jednak niejednokrotnie – również młody dziennikarz ujawni skrywane pokłady szaleństwa i arogancji.
Mogliście już do tej pory zwrócić uwagę, że przedstawiona historia brzmi jak wyrwana ze świata teatru. Istotnie, zamknięcie akcji w jednym pomieszczeniu i skupienie jej na interakcjach między dwójką bohaterów – wszystko to budzi silne skojarzenia z teatrem. Realizację tego scenariusza na wielkim ekranie w pełni jednak uzasadniają rewelacyjne (czarno-białe) zdjęcia Andrzeja Wojciechowskiego. To dzięki jego ujęciom udało się uchwycić dziką naturę postaci i ich relacji.
Jeszcze większy zachwyt wzbudza bezbłędna gra Małgorzaty Zajączkowskiej. Jej kunszt aktorski jest zdecydowanie najjaśniejszym punktem filmu. Mniej utalentowana osoba zepchnęłaby tragiczną postać diwy w odmęty śmieszności. Tymczasem otrzymaliśmy prawdziwie wielką rolę, która pozostała niestety niezauważona przez Jury Gdyńskiego Festiwalu. Nie mogę tego samego powiedzieć o odtwórcy głównej roli męskiej. W grze Tłokińskiego niejednokrotnie dostrzegałem nadmierną ekspresję lub jej ewidentny brak. Poza wspomnianymi potknięciami warto też odnotować kilka imponujących aktorskich wyczynów – jego bohater jest pełen niespodzianek i udało się to przekonująco przedstawić.
Co nie wyszło? O ile niedopowiedzenia i tajemniczość są cnotą filmu, tak chaotyczne przeskakiwanie między wątkami niepotrzebnie dezorientuje. W moim odczuciu irytujący był kompletny brak subtelności przy poruszaniu kwestii pochodzenia i przeszłości bohaterki. Liczne wypowiedzi nawiązujące do Holokaustu czy pozycji Żydów w ówczesnym świecie sprawiały wrażenie nienaturalnych, silących się na prowokacyjność. Wreszcie – choć poniekąd rozumiem zamysł – absolutnie fatalna okazuje się końcowa puenta. Nie pamiętam kiedy ostatnio końcowa minuta filmu tak obniżyła jego ocenę w moich oczach. W zamierzeniu miało to być katharsis, w rzeczywistości zaś pomyślałem: to jakiś żart?
Koniec końców, Noc Walpurgi to film nierówny, acz interesujący i mogący się podobać. Odradzam go wszystkim, których odrzuca konwencja teatru na dużym ekranie. Cała reszta nie powinna żałować czasu poświęconego na seans. To jedno z tych doświadczeń, które doceniamy, nawet gdy nie przypada nam szczególnie do gustu. Osobiście jestem bardziej na „tak”, gdyby nie sztuczna prowokacyjność i zakończenie, byłbym wręcz zachwycony. Niezależnie od werdyktu, nie ulega wątpliwości, że Bortkiewicz może nas jeszcze zaskoczyć – warto śledzić jego przyszłe projekty, a póki co dać szansę najnowszemu.
Mikołaj Lewalski