Seks z Dolanem
Przekonywającego filmu o pierwszych zauroczeniach, miłościach i buntach bez seksu według mnie zrobić się nie da. Seks to wolność, brak ograniczeń, czysta radość i moment, podczas którego nic poza tym nie istnieje. Dla jednych to nagły zryw namiętności i potrzeba chwilowego szczęścia, dla innych stosunek jest jak wielogodzinne czytanie poezji. W różnych dziełach filmowych zobaczymy odmienne metody obrazowania owego aktu. Nie sztuką jest pokazać dwie nagie masy kopulujące ze sobą, w celu podwyższenia progów oglądalności filmu – od tego jest pornografia. Seks oglądany na wielkim ekranie może być krępujący, dlatego zawsze warto docenić perły takie jak te, które opiszę: pełne namiętności, emocji i chemii; nie czyniące z człowieka zwierzęcia.
Porównam dwa sposoby obrazowania seksu przez kanadyjskiego reżysera Xaviera Dolana. Wybrałem w tym celu jego dwa filmy: Zabiłem moją matkę (2009) oraz Wyśnione miłości (2010). Pierwszy z nich to opowieść inspirowana życiem samego twórcy. Szesnastoletni Hubert wychowuje się z matką, ponieważ kilka lat wcześniej rodzice się rozwiedli. Nie potrafi odnaleźć z nią wspólnego języka, nie mówi jej całej prawdy o sobie, bo już jej nie ufa. Jak mówi: nie potrafi jej kochać tak, jak syn kocha matkę. Przez cały film obserwujemy zaogniający się konflikt między tym dwojgiem, który zaognia się, gdy matka, z drugiej ręki, dowiaduje się o homoseksualizmie Huberta i jego dwumiesięcznym już związku, z o kilka lat starszym Antoninem. Zabiłem moją matkę to film o trudnej relacji matka-syn, buncie, dorastaniu i miłości.
Wyśnione miłości to cukierkowa opowieść o nietypowym zauroczeniu, utrzymana w konwencji wideoklipowej. Francis i Marie przyjaźnią się od bardzo dawna. Oboje nie są z nikim związani, choć bardzo by chcieli. Pewnego dnia spotykają chłopaka, Nicolasa, w którym oboje od razu się zakochują. Każde walczy o jego atencję, podejmując coraz śmielsze kroki. Ich przyjaźń stanęła pod znakiem zapytania. To wszystko przez młodociane zauroczenie i próbę bycia z kimś, mimo wszystko. Wyśnione miłości traktują o współczesnych problemach związanych z próbami znalezienia sobie kogoś, o potrzebie bliskości i czułości, bycia dla kogoś ważnym. Z pozoru niewinny temat przeradza się w traktat o młodzieży, okraszony niekonwencjonalną formą teledyskową, ze wstawkami paradokumentalnymi i mnogością nawiązań do innych tekstów kultury.
Pod względem ukazania seksu filmy zupełnie się od siebie różnią, bo to, co tak wyraźnie zostało zaakcentowane w Zabiłem moją matkę jest zupełnie zakamuflowane w Wyśnionych miłościach.
Seks w Zabiłem moją matkę
Tutaj mamy do czynienia z jedną sceną seksu, ale trzeba przyznać, że nie można przejść obok niej obojętnie. Otóż sytuacja w filmie wygląda tak, że wszystkie konflikty są chwilowo załagodzone. Hubert spotyka się ze swoim chłopakiem, by dać wyraz swojej artystycznej duszy, malując ściany biura matki Antonina. Co ważne, zaznaczył, że zrobią coś w rodzaju prac Jacksona Pollocka. Niesamowite jest to, jak Dolan dobiera inne sztuki do swoich filmów. Malarstwo, którym zajmuje się Pollock, to ekspresjonizm abstrakcyjny, którego sposób wykonywania – operowania pędzlem – idealnie wpasował się w klimat filmu, bunt Huberta oraz rzecz jasna przyszły seksu. Farba ściekając po ścianie symbolizuje z jednej strony czystą sztukę i ekspresję, mieszanie się kolorów, a z drugiej połączenie dwóch ciał. Owo ściekanie niewątpliwie może kojarzyć się z seksem, z wysiłkiem fizycznym, z wydzielinami. Tak samo jak i lecące krople farby. Wszystko się miesza tworząc przepiękny obraz.
Bohaterowie w tej niedługiej sekwencji w ogóle się do siebie nie odzywają. Mamy ujęcie ustanawiające miejsce akcji, a potem już ich: uśmiechających się do siebie kochanków. Praca kamery jest o tyle ciekawa, że większość ujęć to ujęcia z góry. Szybki, migawkowy montaż miesza się z nagłym zwolnionym tempem. Spowolnienia są wtedy, kiedy należy skupić się na szczególe, czyli tym, jak chłopacy na siebie patrzą; jak zarzucają rękoma, tworząc pełne nieładu dzieło; jak rozbierają się i zaczynają uprawiać seks. Widzimy ich podczas stosunku na rozłożonych gazetach, umazanych farbą, ale tylko od pasa w górę. Tak oto homoseksualny seks analny stał się obrazem, wizytówką filmu. Jest dziki i porywczy. Od pocałunków francuskich przechodzimy coraz głębiej. Do tego dochodzi utwór z pogranicza elektronicznego rocka i new wave w wykonaniu Vive la Fête, Noir Désir. Podczas gdy mężczyźni biblijnie – no może nie do końca – się poznają, wokalistka wykrzykuje c’est la manie! c’est la manie!, co w wolnym tłumaczeniu oznacza: to szaleństwo, to szaleństwo! Cudownie! Czyż nie tak powinien wyglądać seks zbuntowanego szesnastolatka, który płynie pod prąd, będąc jednocześnie utalentowanym literacko i oczytanym młodzieńcem? Według mnie absolutnie tak.
Seks w Wyśnionych miłościach
W tym filmie reżyser do seksu podszedł zupełnie inaczej, mianowicie mamy tutaj do czynienia z seksem domniemanym, nie ma go na ekranie, zastępuje go dotyk. Bohaterowie w czterech sekwencjach leżą w łóżku i rozmawiają. Odpowiednio: Marie z dwoma różnymi mężczyznami, podobnie Francis, również z innymi. Pierwszą różnicą w porównaniu z poprzednim filmem, jest już sam fakt tego, że nie jest to leżenie w jednoznacznej sytuacji z osobą, którą się kocha, ale z przypadkowymi osobami.
Są to sceny niezwykle poetyckie. Już sama warstwa dźwiękowa zdaje się sugerować niesamowitą aurę. Otóż wszystkim czterem sekwencjom akompaniuje suita no. 1 w G dur, autorstwa Jana Sebastiana Bacha. Dodatkowo bohaterowie są skąpani w blasku jednego światła, odpowiednio: czerwonego, zielonego, żółtego i niebieskiego. Sceny w zwolnionym tempie, często en face, długie ujęcia i detale: usta, dłonie, plecy. Bohaterowie nie uprawiają seksu na oczach widza. Przytulają się, płaczą, są bardzo blisko siebie, to co nastąpi dalej wszyscy wiedzą, ale po co to pokazywać? Uważam, że to dobry zabieg stylistyczny, ponieważ sceny seksu mogłyby zaburzyć cukierkowość świata przedstawionego. Załóżmy, że Xavier Dolan pokazałby sceny przygodnego seksu Marie i Francisa, a potem dalej prowadziłby naiwny wątek uganiania się za Nicolasem… Zniszczyłoby to wcześniej nadbudowaną aurę niewinności.
Partnerzy głównych bohaterów to marne imitacje upragnionego Nicolasa. Nawet rozmowy z nimi są nieudane, co z seksem: nie wiemy. Wiemy tylko, że bohaterowie pragną czułości, ale nie mogą jej dostać od obiektu pożądania, dlatego próbują znaleźć ją u kogoś innego, ale sądząc po rozmowach, cały czas myślami są gdzie indziej.
Tak jak kolory w tych scenach nie są naturalne, tak i ich zachowanie. Wszystko podkreśla ten maniakalny niedosyt Nicolasa w ich życiu. Niedosyt seksu? Brak jego pokazania wiąże się z podwójnym niezaspokojeniem. Widz może czuć się niepocieszony, bo nie ma seksu na ekranie; oni, bo nie uprawiają go z Nicolasem. Nie ma tu takiej pasji, jak w Zabiłem moją matkę. To coś innego: potrzeba nie tyle seksu, co najdrobniejszego gestu, chociażby przytulenia, o którym mówi Francis w swoim monologu.
Warto obejrzeć oba dzieła cudownego dziecka kanadyjskiego kina i zobaczyć jak podszedł do sprawy obrazowania stosunków na ekranie. Dobrze będzie odświeżyć sobie starsze dzieła reżysera, w oczekiwaniu na polską premierę najnowszego filmu pt. To tylko koniec świata. Może i tam nas wszystkich czymś zaskoczy.
Tomasz Szewczyk