Gwiezdne Wojny – Ostatni Jedi [RECENZJA] Ciężkie brzemię legendy

Ciężkie brzemię legendy

Przejmując stołek reżysera po JJ Abramsie, Rian Johnson miał przed sobą bardzo ciężkie zadanie. Musiał stworzyć film, który dorówna nie tylko legendzie Gwiezdnych Wojen, ale także wysokiemu poziomowi, który ustanowiły poprzednie dwa filmy w serii – entuzjastycznie przyjęty epizod siódmy – Przebudzenie Mocy oraz dobrze oceniany spin-off Łotr Jeden.

Na Ostatnim Jedi ciążyło jednak brzemię nie tylko związane z godną kontynuacją rozpoczętego cyklu, ale także wynikające z formatu serii – czyli trylogii. Trylogie filmowe są o tyle problematyczne, że każdy film musi prezentować jakąś historię, posiadać początek, rozwinięcie i zakończenie, a jednocześnie odpowiadać jednemu z tychże segmentów dłuższej historii. Naturalnie, najtrudniej jest z tą środkową odsłoną, która nie ma tej samej energii jaką daje początek serii, a jednocześnie nie może dostarczyć zbyt efektownego finału.

Środek trylogii jest kłopotliwy – ma satysfakcjonować, ale jednocześnie utrzymać widza w oczekiwaniu na Wielki Finał

Czy Ostatni Jedi radzi sobie z tymi wszystkimi problemami? Otóż nie. Film jest rozwleczony, niemiłosiernie się dłuży. Szczególnie pod koniec – gdy tylko akcja zdaje się osiągać punkt kulminacyjny, napięcie siada i zaczyna się kolejny pościg, kolejne „ostateczne starcie”. I gdy widzowi wydaje się, że to już, że zaraz na ekran wjadą napisy końcowe okazuje się, że jeszcze nie, i że musimy wysiedzieć kolejne 30 minut.

Poza samym zakończeniem, także środkowy akt kuleje fabularnie. Zdaje się, że jest wręcz niepotrzebny. Bez zdradzania zbytnio fabuły – film nie stracił by nic, gdyby wyciąć całą eskapadę na planetę z kasynem.

Poza problemem tempa i rozłożenia akcji Ostatni Jedi nie radzi sobie z humorem. Przez cały film widownia „zabawiana” jest różnymi drobnymi gagami i śmiesznymi scenami z uroczymi zwierzątkami. Może jest to spowodowane założeniem, że blockbustery mają być zabawne, w myśl tradycji choćby Marvel Cinematic Universe, gdzie zasadą jest przetykanie poważnych starć gagami i żartami słownymi, a może miało to na celu utrzymanie uwagi młodszego widza.

Oczywiście nie sugeruję, że Gwiezdne Wojny nie mogą być zabawne, ani nie uważam, że wszystkie poprzednie filmy były w stu procentach na poważnie. Mamy do czynienia w końcu z rasową space operą – jest tu miejsce na Kamp, absurd i przełamanie patosu żartem. W oryginalnej trylogii pojawiły się w końcu choćby Ewoki (dla niewtajemniczonych: kosmiczne pluszowe misie ludożercy).

Porgi. Przypominają skrzyżowanie pingwina ze świnką morską.

W Ostatnim Jedi większość tych humorystycznych wstawek wypada słabo albo jest ich po prostu za dużo.

Powoduje to, że oddani fani będą nimi najprawdopodobniej poirytowani, a osoby mniej zaangażowane emocjonalnie będą po prostu znudzone. Czas pokaże, czy porgi (stworki przypominające skrzyżowanie pingwina ze świnką morską) dostaną łatkę „najbardziej denerwujących kosmitów od czasu Jar-Jar Binksa”, czy może zostaną otoczone żartobliwym kultem jak Tribble ze Star Treka.

Ostatni Jedi zdaje się mieć obrońców – także wśród fanów. Film ten jest kłopotliwy w ocenie. Jest niekonsekwentny i momentami irytujący, ale jednak miło się go ogląda. Na pochwałę zasługuje strona wizualna filmu i wielki powrót Marka Hamilla – aktora niestety niedocenionego i rzadko widzianego na ekranie.

Jedyne co pewne – Ostatni Jedi na pewno wygeneruje mnóstwo zysku

Wykupienie Lucas Films przez Disneya i powrót Gwiezdnych Wojen na ekrany kin rozpoczął tradycję corocznego filmu w okolicach przerwy świątecznej. W planach są już kolejne części. Za rok czeka nas solowy film o Hanie Solo, potem Epizod IX, mówi się o filmie o młodym Obi Wanie i kolejnej trylogii… Póki co, każdy kolejny film przynosi Disneyowi mnóstwo pieniędzy, bilety na seanse zaczynają się sprzedawać na wiele tygodni przed premierą, a w sklepach można kupić każdy możliwy gadżet z logo i wizerunkami postaci.

Gwiezdne Wojny wróciły w 2015 w wielkim stylu. Franczyza Star Wars to kura znosząca złote jajka, lecz jak długo mogą to być jajka szczerozłote biorąc pod uwagę narzucone tempo jednego filmu na rok?

Michalina Biedrzycka

 

Share With:
Inline
Inline