Seria Mission: Impossible jest dziś równie kultowa, co filmy z Jamesem Bondem i Jasonem Bournem. Czasami nawet nie tylko im dorównuje, ale pod wieloma względami przewyższa. Popisy kaskaderskie, sceny akcji, fabuła i szpiegowski klimat, z którym na samą myśl kojarzy się charakterystyczny, przewodni motyw muzyczny Lalo Schifrina. Seria luźno zainspirowana serialem telewizyjnym z lat 60. pozwala Tomowi Cruise’owi (Ethan Hunt) na stawianie przed sobą najrozmaitszych misji niemożliwych i ich pieczołowitą, nieustępliwą realizację. Przyjrzyjmy się zatem jakie misje do tej pory przyszło mu wykonywać i które z nich były najciekawsze. Zanim jednak przejdę do mojego, subiektywnego rankingu filmów, poniżej zamieszczam zbiór najważniejszych informacji o postaci Ethana Hunta, dla tych którzy nie zaznajomili się jeszcze z serią M:I.

Spór o różnice między sztuką a rozrywką staje się coraz mniej istotny, jednak wciąż intuicyjnie daje się wyczuć pęknięcie między "sztuką wysoką" a innymi rodzajami spędzania czasu. Kino było pod tym względem przełomowe: ostatecznie udowodniło, że arcydzieło może bawić i niekoniecznie wymagać arcykompetencji. Oczywiście, wiedza

Milla Jovovich w jaskrawych, pomarańczowych włosach, Bruce Willis przefarbowany na blond, Gary Oldman jako szwarccharakter, rozwrzeszczany Chris Tucker i wszechobecny kamp w świecie przyszłości. Te wszystkie abstrakcyjne aspekty łączą się w jedną z najlepszych space oper w historii. Luc Besson pod koniec lat 90. postanowił spełnić swoje odwieczne marzenie i na podstawie historii, które pisał jako dwudziestolatek, zrealizował Piąty Element. Co sprawia, że ten film jest tak dobry, nawet po 20 latach od premiery?

Thelma (2018), reż. Joachim Trier

Niezbyt pochlebne opinie znajomych, marny trailer i kolidowanie z meczem Anglia-Chorwacja sprawiły, że na Thelmę wybierałem się jedynie z zawodowego obowiązku. W pierwszej scenie ojciec, przebywający z kilkuletnią córką na polowaniu, celuje najpierw w sarnę a potem w swoje dziecko, by po chwili napięcia nie strzelić do nikogo. Bałem się, że mieszanina nachalnej symboliki i surowych, estetycznych zdjęć zapowiada kolejny pseudo-inteligentny dramat, którego głębia treści skłoni mnie do ukradkowego odpalenia relacji z półfinału na telefonie. A potem… a potem film rozdarł mnie na dwie części.